Tadeusz Kępiński, Witold Gombrowicz i świat jego młodości, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 1984.
Rozdział: Szkoła po raz ostatni
Fragment:
Szkolne dowcipy sytuacyjne rodziły się spontanicznie, nie były wyszukane, jedne następowały po drugich, takie błahe zdarzenia — niewarte wspomnienia. W jakim rodzaju? Kiedyś na Nowym Świecie było tłoczniej niż zwykle. Zaczęliśmy iść gęsiego, Itek [Witold] pierwszy. Gdy się spostrzegł, że ludzie się nam przyglądają, przeszedł spod domów Zamoyskich na stronę zegara Grabaua. Oczywiście nie oderwał się od węża, przeciwnie, ten przedefilował przez całą szerokość jezdni. Teraz już zrobiła się sensacja. Wszyscy przy tym patrzyli na Itka — nie na nas. On był przecież pierwszy. Zrozumiał swój błąd i jego poczucie sprawiedliwości, a nade wszystko logika sytuacji nie pozwoliły mu się gniewać. Naturalnie bardzo się czerwienił.
Kiedyś znowu w westybulu kina „Stylowy” z powodu tłoku staliśmy oddzieleni kilkoma osobami, Itek w środku. Ni stąd, ni zowąd jeden z nas zawołał do drugiego stentorowo: „Helo, Mietek”, na co nastąpił zwykły odezw: „Serwus, Moniek”. Itek zapłonił się, wobec czego teraz dopiero nastąpiła rozmówka jak z Ollendorfa — trochę pod jego adresem. Publiczność znowu patrzyła na niego, nie na nas. My bruneci, spokojni i naturalni. Antoś ze swoim „rzymskim” profilem, Kaziowi i mnie też nic nie można było zarzucić... Ale on... Uszy miał czerwone i uśmiechał się z przymusem. Kiedyśmy już usiedli, powiada, że najwięcej się bał tego, aby w pobliżu nie znalazł się ktoś z jego znajomych. Naturalnie Kazio natychmiast zawiadomił, że nie chciał go martwić, ale zauważył nie jedną, lecz kilka takich osób.
Wszystkie te żarty odbijał sobie na nas, niestety — niedostatecznie. Jedynie może z jakim takim efektem na Kaziu. W ślad za Zazą tłumaczył mu na przykład, że wcale nie potrzebuje jechać do szkoły dla jąkałów w „Bi-bi-bingen”, ponieważ jąka się bardzo dobrze. Pokpiwał też sobie często z porad, udzielanych przez Kazia, zresztą zwykle na jego — Ity — prośby. Kazio znalazł i na to sposób. Zamiast zająć stanowisko w danej sprawie czy sytuacji — mówił: „Wiesz, Itku, poradzę ci. Zrób, jak ci serce dyktuje”. Ten oczywiście nie okazywał z tego powodu zachwytu. Kazio miał wiele talentów. Dwa szczególnie prowokowały do żartów: komplikowanie rzeczy prostych, zwłaszcza drogą wynalazków, i łatwość bełkotania. Skonstruował na przykład abażur do lampy, którego zadaniem było ukryć, że czyta długo w nocy. Robota była udana, z sąsiedniego pokoju światła nie było widać, tyle tylko, że i czytać się nie dało. W takich i podobnych imprezach Itek miał system brania Kazia w obronę, ale to dla ofiary nie było opłacalne. Rzadko też używał pejoratywnych przezwisk, tworzonych głównie przez Antosia, który stale nazywał Kazia chłystkiem; Itkowa metoda chwalenia i podnoszenia paradoksalnych zalet miała swoją wymowę.
Szkolne lata odcisnęły swój kształt w naszych duszach, ale może w największej mierze dotyczyło to Itka. On też najusilniej starał się zrzucić z siebie ten ciężar. Wyolbrzymiał go, rozbudowywał, rozwijał w osoby i sytuacje — nie tylko dlatego, aby pozacierać ślady pokrewieństwa z postaciami scharakteryzowanymi w Ferdydurke, ale i dlatego, żeby ściślej ukazać i dopowiedzieć podskórny nurt swojej własnej rzeczywistości. Realia naszego młodzieńczego życia przenikały więc do literatury nader zmienione, pozostały jednak w jego psychice jako trwałe elementy, spomiędzy których wybierał do woli, wiele z nich zwalczając w sobie w imię niepodległości swego wewnętrznego królestwa. Dzięki temu nikt, kto nie był przy narodzinach koncepcji, nie mógłby powiązać jego bohaterów z naszym światem. I tak na przykład — swego Syfona wyposażył w wiele przymiotów naszego kolegi Mięcia Grabińskiego, bardzo kulturalnego i obdarzonego nader miłą powierzchownością chłopca, który przez długi czas sprawował funkcję prezesa samorządu klasowego. Pozycja jego była ustalona i niepodważalna, a miano „Prezesa” przylgnęło doń na zawsze. Itek nazywał go tak mówiąc o nim jeszcze w wiele lat później.
