Antonina Marcelina, w rodzinie zwana Tosią, urodziła się w roku 1872 jako córka Ignacego Kotkowskiego i Anieli z Kotkowskich. Bolesław, jedyny brat Antoniny, w młodości zapadł na ciężką chorobę umysłową i wymagał stałej opieki swej matki aż do śmierci w roku 1936.
Siedzibą całego klanu Kotkowskich był rozległy majątek Bodzechów koło Ostrowca Świętokrzyskiego. Kotkowscy w początkach XIX wieku dorobili się majątku na działalności przemysłowej w regionie świętokrzyskim. Tę działalność kontynuował Ignacy, a potem jego zięć - ojciec pisarza.
Antonina, piękna, inteligentna i posażna panna, wyszła w wieku lat 18 za Jana Gombrowicza. Zamieszkali w pobliskich Małoszycach, majątku męża. Potem przebywali przez kilka lat w Bodzechowie, następnie zaś przenieśli się na stałe do Warszawy, gdzie zamieszkali w obszernym apartamencie przy ulicy Służewskiej. Urodziło im się czworo dzieci : Janusz, Jerzy, Irena i najmłodszy - Witold.
Pani Antonina była osobą światłą, o wysokiej kulturze i humanistycznych zainteresowaniach. Miała konserwatywne i katolickie poglądy, w latach międzywojennych działała w Stowarzyszeniu Ziemianek Polskich. Bardzo dbała o edukację swych dzieci. W domu przyszłego pisarza „tematy polityczne i kulturalne były przedmiotem nieustannej dyskusji” – wspominał Jerzy w szkicu Mój brat Witold i nasi przodkowie.
Pani Gombrowiczowa miała silną osobowość, pod której wpływem pozostawało otoczenie, a zwłaszcza córka Irena. Uchodziła za osobę despotyczną. „Zawsze chciała mieć ostatnie słowo” - wspominał jej wnuk, Józef. Na jej pewne zgorzknienie i zdziwaczenie w dojrzałych latach życia wpłynęły trudne relacje z mężem, który odsunął się od żony, nawiązując romans z inną, znacznie młodszą kobietą. Witold tylko dyskretnie napisał we Wspomnieniach polskich o „niezgodności temperamentu i charakteru” rodziców.
Matka bardzo troszczyła się o najmłodszego syna. Po raz ostatni w życiu widziała go w lipcu 1939 roku, gdy żegnał się z nią przed wyruszeniem w rejs do Argentyny. Po wojnie i utracie całego majątku obie wraz z córką Reną przeniosły się do Kielc i tam mieszkały w wynajętym pokoju aż do śmierci matki.
Przebywający na emigracji Witold wspomagał je finansowo ze swych niewielkich zarobków. W listach do matki zapewniał, że znakomicie mu się powodzi : „mieszka w pięknych pensjonatach, leczy swoją astmę” (Jaśniepanicz, J. Siedlecka). Ona była dumna z syna i jego sukcesów pisarskich. „W obecności pani Gombrowiczowej nie mogło paść żadne krytyczne zdanie na temat twórczości Witolda” (Jaśniepanicz).
Po śmierci matki w roku 1959 zrezygnował z planów przyjazdu do kraju.
Była z pewnością najważniejszą osobą w jego życiu, nikomu z rodziny nie poświęcił tyle miejsca we wspomnieniach. Wynika z nich jednak, że ukształtował swoją osobowość – także twórczą - w opozycji przeciw matce i przeciw sztywnym normom pedagogicznym, w których nie było miejsca na szczerość, partnerstwo i spontaniczność. Aby wyzwolić się spod jej despotycznego wpływu, nauczył się kryć swe uczucia pod maską ironii i dystansu. Bunt przeciw matce był jednocześnie buntem przeciw konserwatywnemu środowisku, z którego się wywodził.
Witold o matce :
Miała naturę szlachetną i najlepsze intencje, a też niezmiernie była do nas przywiązana – ale […] była niesprawdzona przez życie. Nigdy naprawdę nie zetknęła się z życiem. Oto co odbierało jej autorytet w naszych oczach i co sprawiało, że poruszała się w próżni.
[…] Miała też świetne zalety : dobroć, szlachetność, prawość, inteligencję, a jej słabości były trochę następstwem jej nerwów, a trochę wynikiem sztucznego życia i niemniej sztucznego wychowania.
Wspomnienia polskie |
Moja matka była żywa, wrażliwa, obdarzona dużą wyobraźnią, leniwa, niezaradna, nerwowa (i bardzo), pełna urazów, fobii, iluzji […]. Ja jestem artystą po matce […]. Ale moja matka miała też jedną cechę wysoce drażniącą, należała mianowicie do osób, które nie umieją zobaczyć siebie takimi, jakimi są. Więcej : ona widziała siebie akurat na opak – i to już miało cechy prowokacji. […] Imponowało jej to, czym nie była. Podziwiała znakomitych lekarzy, profesorów, wielkich myślicieli i w ogóle
Testament. Rozmowy z Dominique de Roux |
Krępowała mnie i paraliżowała męcząca sztuczność naszego obcowania, która powstała na drodze reakcji przeciw fatalnej formie matki, niezdolnej zobaczyć siebie w prawdziwej swojej postaci i z rozpaczliwą naiwnością przybierającej osobowość akurat przeciwną. Matka, snobizmy ziemiańsko-szlacheckie, nieśmiałość i źle rozwiązana „pańskość” (to, co Hegel nazywa „złą świadomością”) – to były główne elementy tego spaczenia, na które ja zanadto nie mogę się skarżyć, gdyż ono to zapewne dało mi wrażliwość na formę. Z dala od rodziny odnajdywałem siebie i zdobywałem się na swobodę, łatwość, radość, żart.
List do brata Janusza, 1963 r. |
