Jean-Pierre Salgas: „Kosmos” - filozofia powieści
w: J.P Salgas, Witold Gombrowicz lub ateizm integralny, Czytelnik, Warszawa, 2004. Przeł. z francuskiego Jan Maria Kłoczowski.
Fragment:
Skrót streszczenia
Zatem normalna - choć nieco „chropowata” - powieść kryminalna w dziewięciu rozdziałach, a zarazem heterodoksyjny, osadzony w czarnej materii traktat filozofii kaniowskiej (chętnie zobaczylibyśmy Kosmos przeniesiony na ekran przez twórcę Głowy do wycierania - Davida Lyncha). „Trudno nazwać historią takie ciągłe... skupianie się i rozpadanie... elementów...” [1]. („Kosmos wprowadza w sposób zwykły w świat niezwykły, niejako za kulisy świata” [2]). Podobnie jak w przypadku Ferdydurke spróbujmy streścić książkę w charakterystycznym dla niej stylu eliptyczno-chaotycznym. Bez iluzji: jej tematem jest właśnie skazana na niepowodzenie próba jednoczesnego tworzenia rzeczywistości powieści. Próba odczytania tekstu świata i świata tekstu. Między rebusem a odpadkiem. Dlaczego mamy wybrać to właśnie wydarzenie, a nie inne?...
Rozdział I. „Prawdę mówiąc, byłem zmęczony ojcem i matką, w ogóle rodziną”: Edyp w Zakopanem, Witold-narrator ucieka w mrocznym lesie (ewidentne echo początków Ferdydurke, „plamista przestrzeń”, gestaltowski „bezład”) w towarzystwie Fuksa, swego kartezjańskiego lub galileuszowego sobowtóra (który niczym Pascal chce się odegrać w ruletkę lub zapomnieć o swym warszawskim dyrektorze, a ponadto ma przy sobie kompas itd.). Pojawiają się dwie wskazówki, od których rozpoczynają się dwie serie zdarzeń i „intryga” (w jednej z rozmów Witold wspomina, że intryga ma u niego znaczenie tylko jako pretekst): wróbel powieszony w lesie i wywinięte usta służącej. Obydwaj bohaterowie zatrzymują się w zakopiańskim pensjonacie prowadzonym przez rodzinę: Leon Wojtys, bankier, zastępczy ojciec, wielki twórca powiedzonek, bez wątpienia - inaczej niż Fuks - sobowtór narratora, szyderczy rzecznik jego „filozofii”; jego żona Kulka Wojtysowa; jego kuzyn Ludwik, architekt; córka Lena o dziewiczych ustach, nauczycielka języków, w której narrator jest nieustannie zakochany; wreszcie wspominana już Katasia, służąca o ustach zdeformowanych w wypadku samochodowym [3]. Początek nakładania się ust. Nie da się spać w gwieździstą noc, „męczący tenis” od jednej wskazówki do drugiej. Pojawia się „strzałka”.
_
Rozdział II. Fuks i Witold idą za nią w poszukiwaniu najmniejszej wskazówki dotyczącej powieszonego wróbla. Patyk na nitce rozpoczyna serię. „Powieszony wróbel - powieszone kurczę - strzałka w stołowym - strzałka w naszym pokoju - patyk wiszący na nitce - przebijało się w nich jakieś parcie ku sensowi, jak w szaradach, gdy litery zaczynają zmierzać do ułożenia się w słowo”. Pierwsza podejrzana: Katasia.
Rozdział III. Kolacja. Przy stole Leon rozprawia o stosunkach z podwładnymi, a następnie o organizacji społeczeństwa; Fuks ględzi, cogito Witolda jest rozproszone.
Rozdział IV Dyszel i mrówka doprowadzają naszych detektywów do pokoju Katasi, gdzie wchodzą z żabą w pudełku. Hipoteza o winie Leny. Fotografia Katasi sprzed wypadku. Zwierzenia Kulki na temat lokatorów. Nagle intryga zaczyna toczyć się szybciej: pięć „wbić” w pokoju - igła, stalówka, agrafka, pilnik, gwóźdź. Widok Leny i czajnika, a potem - Leny nagiej. Witold dusi kota Leny... i wiesza go - śledztwo rodzi pierwszą zbrodnię.
_
Rozdział V. Narrator jest już po tamtej stronie (rzeczywistości, jak mówi się o lustrze): podmiot staje się przedmiotem, narrator-detektyw-morderca wypina pierś. Formalne połączenie Katasi z martwym zwierzęciem. Kartezjanin Fuks chce zrozumieć ciąg wydarzeń, które prowadzą od wróbla do kota, organizuje spotkanie podejrzanych na wzór Holmesa (wskazówki) lub Poirota (wyznania). Kulka oskarża Leona. Ten wygłasza tyradę na temat szaleństwa, które ogarnęło dom.
Rozdział VI. Wizytacja wróbla, nowy układ międzyludzkiego mikro-Kościoła wokół martwego kota, który staje się spiritus movens. Leon postanawia zabrać wszystkich na wycieczkę do Doliny Kościeliskiej (Katasia zostaje w Zakopanem). Uwagi o pejzażu. Atmosfera delikatnie kantowska. Trzy nowe zdarzenia, w których nie sposób nie dostrzec aluzji do ciała narodowego, dotychczas mało obecnego w powieści. Pojawiają się i rzucają urok nowożeńcy, przyjaciele Ludwika i Leny - Luluś i Lulusia. Po drodze towarzystwo zabiera księdza w sutannie. Orzeł królewski (anty-wróbel, Polska [4]) unosi się nad głowami...
Rozdział VII. Obfita uczta w nowym domu. Przybywa nowe małżeństwo Toniego i Jadeczki, dzięki którym wycieczka przypomina podróż poślubną. Fuks chce się wykąpać, co doprowadza do złączenia się Jadeczki z księdzem w „brudzie”. Silna obecność kota.
Rozdział VIII (filozoficzna kulminacja powieści?). Spotkanie z Leną, która łączy się ustami z Katasia. Następnie Leon w pełnym bembergu; pojedynek na werbalne miny; Leon przyznaje się Witoldowi, że marzy o uczczeniu hulanki sprzed dwudziestu siedmiu lat. „Jestem, jaki jestem”. Wykład o moralności epikurejskiej. Na odjezdnym narrator dokonuje eksperymentów fizycznych. Księżycowa noc. Pary lepią się do siebie jak miód. Marzenie, by napluć w usta Leny. Oszołomienie i posiłek. Ksiądz onanizuje się podczas jedzenia.
_
Rozdział IX. Ksiądz wymiotuje. Jadaczka wymiotuje. Witold znajduje ciało powieszonego Ludwika, kuzyna-architekta. Oszołomienie. Sytuacja stabilizuje się, powrót do porządku po serii powieszeń: wróbel - patyk - kot; palec w ustach Ludwika zdradza serię zbrodni i ust. Leon brandzluje się. Ulewny deszcz (atomów?) na ostatniej stronie.
„De rerum natura”
„Metafizyka tak, ale trzeba zacząć od fizyki”... W poprzednich powieściach podmiot Montaigne’a lub Pascala poruszał się w nieco zaburzonej, ale jednak kartezjańskiej przestrzeni. To, jak mówiłem, Witold-narrator odgrywa Sherlocka Holmesa lub raczej Watsona w pozbawionej kierunków przestrzeni rodem z filozofii i współczesnej fizyki [5]. Pojawia się ta przestrzeń już w okolicach Bakakaju, Ferdydurke lub Pornografii, a także - bardzo wyraźnie - w Dzienniku, gdzie Gombrowicz testuje poszczególne epizody z Kosmosu [6]... Niczym żywa klasa w pierwszej powieści, pensjonat i wycieczka w góry funkcjonują tu na zasadzie już nie tylko mikrokosmicznego społeczeństwa, ale i mikrokosmicznej „rzeczywistości”: nadal mamy tu pojedynki na miny i zamieszania, ale tym razem zaangażowane są w nie trawa, błoto i wiatr, ptaki, koty i czajniki, a także usta i sutanny. Podobnie jak na ostatnich obrazach Poussina, człowiek jest tu tylko detalem w pejzażu. Człowiek? Zaledwie, bowiem ciało jego rozpada się tu na kawałeczki... Wielki pojedynek Niedojrzałości z Formą czyni zamęt w „rzeczywistości” i nie zatrzymuje się jedynie na poziomie człowieka - poziomie pośrednim pomiędzy mikro- i makro-kosmosem. Wszystkie królestwa są tu wymieszane (niczym zwierzęta Gonzala w Trans-Atlantyku). Zresztą poziomy nic już nie znaczą, a części - jak wiemy z Ferdydurke - są często większe od całości... „Istnieje coś jak nadmiar rzeczywistości, jej spęcznienie już nie do zniesienia” [7]. Kosmiczny karnawał, który zastępuje uspokajającą przyczynowość obiegowych przedstawień świata... Wszystkie odgałęzienia wchodzą w grę. Domyślamy się, że w wypadku bohaterów uprzywilejowane są dwa zazwyczaj niewymiarowe organy: ręce i usta...
Rój i kombinacja to „kosmiczne" nazwy Formy. Najpierw rój: jest pierwszą formą „rzeczywistości”, czego dowodzi w każdym rozdziale zamęt w głowie Witolda. Przy stole z Leną: „Wielki rozhowor zdarzeń, nieustających fakcików, jak rechot żabi w stawie, rój komarów, rój gwiazd, chmura mnie zawierająca, mnie zacierająca, ze mną płynąca, sufit z archipelagiem i półwyspami, z punkcikami i zaciekami, aż po nudną białość nad roletą...”. Lub na wycieczce w górach: „Rozmaite rzeczy - rozmaite rzeczy - dziwne dystanse, oszałamiające skręty, przestrzeń uwięziona i naprężona, nacierająca lub ustępująca, zwijająca się i skręcająca, uderzająca w górę lub w dół. Ruch ogromny nieruchomy. [...] Nagromadzenie, odmęt, zamęt... za dużo, za dużo, za dużo, tłok, ruch, spiętrzanie, wywalanie, pchanie, rozgardiasz generalny, wielkie mastodonty wypełniające, które w mgnieniu oka rozpadały się na tysiące szczegółów, zespołów, brył, awantur, w niezgrabnym chaosie, i nagle te kształty wszystkie znów skupiały się w przemożnym kształcie! [...] burza rycząca materii. A ja takim już stałem się czytelnikiem martwej natury”.
Kolejnym zajęciem podmiotu jest kombinowanie: „Gdy się zważy, jak olbrzymia ilość dźwięków, kształtów dochodzi nas w każdym momencie istnienia... rój, szum, rzeka... cóż łatwiejszego jak kombinować? Kombinować! To słowo zaskoczyło mnie przez sekundę, jak dzikie zwierzę w ciemnym lesie”. Wszelka „intryga” może zresztą sprowadzać się do rozwiązania jednej jedynej zagadki: jak dotrzeć do realności, jakie elementy wybrać i połączyć, jak je odczytać? Oto przykład: „Tercet wróbel-żaba-Katasiutka pchnął mnie w tę jej jamę ustną i z jamy czarnej krzaków uczynił jamę jej otworu gębowego, opatrzoną tym jej zmanierowanym figielkiem wargowym... uskakującą”.
Wystarczy posłuchać tych fragmentów: Gombrowicz przepisuje słowo po słowie Demokryta, Epikura (List do Herodota) i Lukrecjusza (O rzeczywistości). Nowe nazwy Formy, rój i kombinacja to także odmiany clinamenu [8]. Jak wiadomo, przedmiotem refleksji Epikura (i jego sporu z własnym mistrzem, Demokrytem) było pytanie, w jaki sposób z deszczu atomów padającego w przepastnej próżni mogą powstawać ciała...
Odkrycie clinamenu, „odchylenia” atomów, zmian w ich locie, mówi nam nie tylko o „tworzeniu się rzeczywistości”, ale także o wolności ludzi, o której najlepsi egzegeci (Gilles Deleuze [9]) mogli powiedzieć, że nie jest wtórna, lecz pierwsza. „Bo gdyby [atomy] - powiada Lukrecjusz - nie miały zwyczaju odchylania się, to wszystkie spadałyby w dół, jak krople deszczu przez przepastną próżnię. I nie byłoby powstało zderzenie ni cios nie byłby się zrodził pośród zaczątków. Tak nic nie byłaby nigdy natura zrodziła” [10]. W Kosmosie Gombrowicz doprowadza do orgii clinamenu, a biorą w niej udział zarówno przedmioty, jak i podmioty. „Nie ulega kwestii fi była to bolesna zagadka, że sekretem związku ust-no-wargowego jestem ja sam, on we mnie się dokonał, ja, nie kto inny, stworzyłem ten związek” itd. [11]. Clinamen? Można to słowo tłumaczyć jako kondensacja i przemieszczenie, metafora i metonimia, nigdy jako przyczynowość...
